Wywiad z autorem : Rozmowa z Markiem Sobskim

Wywiad z autorem : Rozmowa z Markiem Sobskim
- Na początek podstawowe pytanie o temat książek, które napisałeś. Dlaczego Włosi, i dlaczego w czasie drugiej wojny światowej?
Od zawsze miałem dużą sympatię do wszystkiego, co włoskie. Pewnie za sprawą tego, że mam tam koneksje rodzinne i dość szybko Włosi dali mi się poznać jako bardzo mili, otwarci ludzie. Poza tym od 1998 roku kibicuję S.S. Lazio, co dodatkowo cementowało moje włoskie sympatie. A nawet, sięgając pamięcią wstecz, gdy jeszcze jako młody chłopak bawiłem się żołnierzykami, to Włosi mnie zawsze ciekawili – te wtedy dla mnie cudaczne figurki bersalierów z piórami na hełmach czy komandosi z Xª Flottiglia MAS z ich żywymi torpedami czy płetwonurkami z nożycami do cięcia sieci zagrodowych. To zostało w pamięci i zawsze chciałem o tym poczytać. Historia wojskowości od zawsze była moim wielkim hobby. Przyznaję, że zawalałem naukę na rzecz lektur stricte militarnych i w ten sposób zdobyłem pierwsze, bezcenne doświadczenia z tym, co jest teraz moją pracą zawodową. W wyborze tematu utwierdziły mnie liczne rozmowy ze znajomymi, w których już zaczynałem znajdować pierwsze sensowne argumenty na obronę włoskich żołnierzy. A ten mój wewnętrzny bunt przeciwko temu nieszczęsnemu mitowi Włocha-tchórza podbijał jeszcze lekceważący stosunek do Włochów przebijający z wielu publikacji. Ale wszystko to wydawało mi się takie sztampowe, sprawiało wrażenie powtarzania jeden przez drugiego, bez mocnych argumentów. Z biegiem czasu dostrzegłem też jeszcze jedno – bardzo słaba merytorycznie jakość tekstów, w których pojawiały się wątki związane z armią włoską. Po prostu nie widziałem, na jakiej podstawie ktoś wygłasza takie opinie, zwłaszcza w sytuacji, gdy popełnia często żenujące i zupełnie podstawowe błędy w rodzaju pisania o Czarnych Koszulach per elita (w rzeczywistości to tylko zmilitaryzowana polityczna milicja, która dobrze spisała się na froncie wschodnim walcząc z wrogiem ideologicznym, ale już przeciwko zachodnim aliantom najczęściej nie miała po co wychodzić na pole walki). Dlaczego II wojna światowa? Na pewnym etapie życia zaczęło mi chodzić po głowie, że pisarstwo to moja droga życiowa. Militaria i tematyka włoska były dla mnie naturalnym wyborem. Drugi konflikt światowy był moim konikiem, a Włosi mieli także ważny atut w postaci wypełniania niszy – proponowałem temat, któremu poświęcano bardzo mało uwagi. Ale naprawdę nie musi to być II wojna światowa, ani nawet szerzej okres faszystowski. Cały czas deklaruję, że jeśli starczy mi życia, to bardzo chętnie opiszę włoski wysiłek militarny w okresie Wielkiej Wojny. Sygnalizuję też, że brakuje pracy na przykład o włoskich żołnierzach Napoleona, którzy także walczyli bardzo dobrze.
- Czy zebrane materiały, zdobyta wiedza podczas pisania książek, spowodowały, że zmienił się Twój pogląd na któreś z opisywanych wydarzeń, na którąś wspominaną postać?
Przy tak postawionym pytaniu wyróżniłbym włoską flotę w działaniach na Morzu Śródziemnym. Znowu zderzyłem się z tym potokiem bzdur – tchórzliwi włoscy admirałowie unikający otwartej bitwy. Polecam jednak wejść w buty tych admirałów. Włochy prowadziły w dużej mierze wojnę zamorską, a od tego, co działo się na morzu, zależał front w Afryce Północnej i Wschodniej. Utrata lub uszczuplenie głównych sił floty oznaczałoby oddanie inicjatywy w ręce wroga i utratę Afryki – ciężką, porażkę, zwłaszcza dla państwa, które wchodziło do wojny motywowane ambicjami imperialnymi. Ten przykład jest także świetną ilustracją tego, jak wiele bzdur napisano o Włochach. Mało który z autorów zadał sobie trud przebadania włoskiego systemu dowodzenia, a ten był tak skonstruowany, że admirał dowodzący na morzu najpierw pytał o zgodę na wejście do bitwy admiralicję na lądzie – wszystko, by ograniczyć do minimum możliwość poniesienia klęski, a to głównie przez wzgląd na niemożliwość szybkiego uzupełnienia strat. Royal Navy była światową potęgą i mogła dowolnie przerzucać swoje liczne okręty z akwenu na akwen. Włosi takich rezerw nie mieli. Musimy zawsze pamiętać, że wejście do wojny planowali najszybciej na przełom lat 1942/1943. Polityczna decyzja Mussoliniego o podłączeniu się do sukcesu Hitlera i wejściu do walki już w czerwcu 1940 roku oznaczało, że Włosi poszli w bój, będąc w trakcie procesu rozbudowy i modernizacji własnych sił zbrojnych. Pozostając przy flocie: nie można tracić pancerników w sytuacji, gdy nowe znajdują się dopiero na pochylniach, a twój przeciwnik może w każdej chwili uzupełnić swoje straty. Nie jesteś wtedy odważny, a zwyczajnie nieodpowiedzialny, jeśli nie wprost głupi.
- Co przy okazji pisania kolejnych tytułów najbardziej Ciebie zaskoczyło? Jakie fakty, wydarzenia?
Każdy dzień przynosi coś nowego – to największy atut tej pracy. Nawet jeśli uwzględnimy moje publikacje, to muszę pokusić się o smutną konkluzję, że poza samymi Włochami wiedza na temat włoskiej wojskowości jest tak naprawdę szczątkowa. Nie pomagają w tym też sami Włosi. Na przykład biuro historyczne armii włoskiej ma opinię zamkniętej kasty i trudno jest dostać pozwolenie na kwerendę. Mają swoich historyków, którzy dopiero przekopują się przez wiele nieznanych dokumentów. Musimy sobie też jasno powiedzieć, że w przeciwieństwie do Wielkiej Wojny, Włosi podchodzą do swojego udziału w II wojnie światowej z pewnym niesmakiem. Powód jest jasny – byli sojusznikami Hitlera, do tego zadali cios w plecy Francji czy zaatakowali Grecję – mało powodów do dumy. O ile wojna z Etiopią spotkała się z powszechną i nie boję się użyć tego terminu – bezprecedensową – sympatią, to już udział w jeszcze jednym konflikcie był dla Włoch zbyt dużym obciążeniem. Zdajmy sobie sprawę z tego, jak bardzo wojownicze były Włochy na przełomie XIX/XX wieku. Pomijając już proces zjednoczenia i wojny z Cesarstwem Austriackim, mamy tam całą serię konfliktów: konflikty z Abisynią i mahdystami w Afryce Wschodniej, wojnę z Turcją 1911-1912, Wielką Wojnę, tak zwaną rekonkwistę Libii, ponownie Abisynię, potężne i decydujące zaangażowanie w Hiszpańską Wojnę Domową, aneksję Albanii… a po tym wszystkim Włosi wplątali się jeszcze w swoją „wojnę równoległą” (do tego, co robił Hitler) na początku II wojny światowej, która zmieniła się niebawem w „wojnę podporządkowaną” (działaniom Hitlera), gdy okazało się, że jednak oba reżimy mają rozbieżne cele i III Rzesza ruszyła na wschód, nie zakończywszy wojny z Wielką Brytanią. Nie wyróżnię żadnego konkretnego wydarzenia. Ale proszę Czytelników o spokojne zastanowienie się nad tym, o czym wyżej wspomniałem. Samo w sobie jest zdumiewającym, że naród włoski musiał wytrwać taką serię wyrzeczeń i tak naprawdę skończył z niczym, no może oprócz głębokich podziałów natury politycznej oraz głębokim utrwaleniem się campanilismo – skrajnego przywiązania do własnego regionu, a nie do Włoch jako takich. Oj, nie po to do władzy szli faszyści…
- Jak wyglądał proces tzw. resarchu, kwerendy? Z jakich najciekawszych, może nietypowych, źródeł korzystałeś?
Zacznę od końca. Najbardziej nietypową publikacją w moich zbiorach jest książeczka o spadochroniarzach Włoskiej Republiki Socjalnej w języku japońskim. Prezent od czytelnika, który będąc w kraju kwitnącej wiśni, nabył ją z myślą o mnie. Korzystając z okazji pragnę raz jeszcze podziękować. Chciałbym także podkreślić, że moje serdeczne relacje z czytelnikami są kluczowe dla mojego zapału do pracy. Bez takich odbiorców nie miałoby to żadnego sensu. Z innych ciekawostek mam jeszcze książki po francusku, hiszpańsku czy niemiecku, o tych włoskich i angielskich nie wspominając. Będę też musiał rozważyć inne kierunki – w końcu moja tematyka to też wątki greckie czy jugosłowiańskie. Książki wydane w Indiach i na Antypodach nie są niczym nowym w moich zbiorach. Poszukiwanie materiałów polega na systematyczności – w każdym miesiącu poświęcam jeden z dni na przegląd nowości w kilku zagranicznych księgarniach oraz przeglądam ostatnie wpisy na stronach takich jak Twoja. Prowadzę sobie także spisy materiałów, by wiedzieć, gdzie jakie wątki się znajdują. Dokumenty także zdarza mi się pozyskiwać, chociaż nie ukrywam, że często kupuję po prostu wydane zbiory, a nie prowadzę kwerendę w archiwach. W życiu trzeba być realistą: umówiłem się z czytelnikami na serię kilkudziesięciu tomów traktujących w miarę detalicznie o poczynaniach Włochów w II wojnie światowej i szerzej w okresie faszystowskim. Pytania o Wielką Wojnę także cały czas się pojawiają. Nie jestem w stanie przerobić wszystkich materiałów. Muszę robić selekcję i narzucać sobie terminy. A trzeba mieć też czas na własne sprawy i być gotowym na kryzysy, także te światowe w rodzaju epidemii czy wojen, które już nie raz skomplikowały mi sytuację i pozmieniały plany.
- Co stworzyło największą trudność przy pisaniu książek o Włochach?
Pieniądze. Stawki oferowane w wydawnictwach nie są szczególnie atrakcyjne. Nie dziwię się, że wiele z publikacji wygląda jak kopiuj/wklei z Wikipedii czy forów internetowych, bo autorów nie stać na zakup materiałów, a trzeba pamiętać, że także zilustrowanie tekstów najczęściej jest po ich stronie. Do tego miałem pecha na samym starcie trafić na nieuczciwego wydawcę, który długi czas wodził mnie za nos. Umów na pierwsze książki nigdy nie zobaczyłem na oczy, a honoraria okazały się dużo niższe od wynegocjowanych. W Magnum X było już zdecydowanie lepiej i mogę mówić o nich w samych superlatywach. Jednak autor opierający swój los na pisaniu musi mieć środki nie tylko na prowadzenie badań i codzienne potrzeby, ale także systematycznie odkładać na swoją emeryturę. Dlatego w końcu postawiłem na self publishing. Pierwszy raz rozmawialiśmy, gdy wydałem moje pierwsze „rękodzieło”, czyli książkę „Betasom. Włoska broń podwodna w bitwie o Atlantyk (1940-1945)”. Później było wyjście na Amazon KDP i książka o kampanii w Afryce Wschodniej 1940-1941. Jakoś zaczęło się to zazębiać. Ale znowu w 2025 roku życie osobiste spowodowało, że w sprawach zawodowych nie wydarzyło się zbyt wiele. Bądźmy jednak optymistami: seria polska i ta po angielsku zrównały się. Planuję teraz wydanie trzech książek jedna po drugiej. Wersje anglojęzyczne przejmuje renomowany angielski Helion. Natomiast polskie wydania jak dotychczas przygotuję do druku z moim sprawdzonym gronem współpracowników i będę je sprzedawał samodzielnie oraz z pomocą zaprzyjaźnionych księgarni.
- Który z bohaterów wydarzeń opisanych na kartach książek jest dla Ciebie najciekawszy, najbliższy Tobie? I dlaczego?
Trudne pytanie. Uwielbiam opisywać „małe historie” zwyczajnych ludzi i wypełniam nimi moje książki. Dzięki temu mam poczucie, że tworzę nie tylko dla odbiorcy stricte zainteresowanego militariami, ale i ten mniej zaznajomiony czytelnik znajdzie tam wzmianki o wielu heroicznych czynach, które naprawdę warto poznać. Najbardziej lubię jednak te historie, w których bohaterowie pomimo otaczającego ich szaleństwa wojny potrafią zachować człowieczeństwo. Dlatego bardzo cenię choćby znanego z „Betasom” Salvatore Todaro, który ryzykował utratę swojego okrętu podwodnego dla ratowania załogi zatopionego wrogiego frachtowca (niedawno we Włoszech nakręcono film traktujący o tych wydarzeniach: „Comandante”). Od niedawna siedzi mi w głowie też postać Giorgia Paglii – był on antyfaszystowskim partyzantem, który wsławił się m.in. przerzutem przez szwajcarską granicę 15 żydowskich dzieci. Został złapany. Gdy miał stanąć przed plutonem egzekucyjnym, otrzymał szansę ratunku – mógł przyjąć pardon ze względu na to, że jego ojciec był członkiem partii faszystowskiej i bohaterem wojny w Abisynii, gdzie poległ i został pośmiertnie uhonorowany najwyższym włoskim odznaczeniem. Ledwie 22-letni Giorgio odmówił i zginął z towarzyszami broni.
- Już pisaliśmy kiedyś o Betasomie, czyli historii Włochów na Atlantyku w czasie II wojny światowej, ale chyba nie pytałem, co sądzisz o włoskich okrętach podwodnych? Miały jakieś zalety? Były w czymś lepsze, miały ciekawe i wyróżniające je cechy na tle np. u-Bootów?
Sama budowa okrętów podwodnych była oczywiście bardzo podobna. Najważniejszą cechą różniącą obie floty była jednak doktryna użycia okrętów podwodnych. Włosi, wchodząc do wojny 10 czerwca 1940 roku wraz z Sowietami, mieli najliczniejszą flotę podwodną. Jednak jej problemem było to, że wiele jednostek było okrętami „przybrzeżnymi”, małej wielkości, które miały operować na ograniczonych wodach Morza Śródziemnego. Wiele z włoskich okrętów było też starszej daty. Dlatego zestawiać z popularnymi w Kriegsmarine U-Bootami typu VII i tymi większymi możemy tylko ograniczoną liczbę włoskich „sommergibili”. Włosi nie znali taktyki „wilczego stada”, dla nich okręt podwodny nadal był samotnym łowcą. Stąd okręty wysyłane na Atlantyk miały dużych rozmiarów kioski, które w teorii miały umożliwiać włoskim załogom lepszy widok, a w praktyce w starciu z eskortą konwojów jedynie szybciej pomagały ujawnić ich obecność. Spowalniały także szybkość schodzenia pod wodę, a tu liczyła się każda sekunda. Dlatego ostatecznie Włosi musieli i tak upodobnić swoje okręty do U-Bootów. Operować w stadzie nie umieli, ale okazali się śmiertelnie groźnymi „wolnymi łowcami”, a duże rozmiary części ich okrętów pozwalały im zapuszczać się w odległe akweny afrykańskie i południowoamerykańskie, ale nie tylko. Włoscy kapitanowie odnieśli tam ogromne sukcesy i coś chyba udowodnili krytykom. Lubię u nich jeszcze jedną cechę: wchodzili do wojny z marszu i w wielu dziedzinach musieli zaczynać od zera (w ten sposób stworzyli na przykład skuteczniejsze od niemieckiego lotnictwo torpedowe) lub dostosowywać się. Ewolucja ich broni podwodnej jest świetnym przykładem na to drugie: przebudowali okręty, zmienili szkolenie, postawili na młodszych oficerów. W efekcie w latach 1942-1943 w Bitwie o Atlantyk byli równorzędnym sojusznikiem niemieckich asów i nie ustępowali im skutecznością. Piękna historia w myśl zasady „od zera do bohatera”.
- Jaki kolejny temat historyczny najbardziej chciałbyś zgłębić? Czy pracujesz już nad kolejnym tytułem czy może planujesz kolejną książkę?
Mam politykę konsultowania tematów kolejnych publikacji z moimi czytelnikami. Niedawno na polskim i angielskim fan page’u głosowaliśmy mając do wyboru Afrykę Północną i kampanię śródziemnomorską. Wygrała ta pierwsza i w 2027 roku to ją biorę na tapet. Nie kryję, że za ograniczeniem się do tych dwóch tematów stoi moja współpraca z Helionem, gdyż dla Brytyjczyków są one szczególnie atrakcyjne. Wspomniałem, że z powodów osobistych zawodowo straciłem niemal cały 2025 rok. Dlatego teraz nadchodzi okres intensywnego nadrabiania zaległości i prawdopodobnie w dość krótkich odstępach czasu ukażą się aż trzy książki. Jako pierwsza historia operacji włoskiej floty na Morzu Czarnym i jeziorze Ładoga w latach 1942-1943. A później zaproszę do Afryki Wschodniej, gdzie omówię po pierwsze historię tzw. drugiej wojny włosko-etiopskiej 1935-1936, a w kolejnym tomie brutalną wojną partyzancką w tym kraju. 9 maja 1936 roku Benito Mussolini dokonał tzw. aktu proklamacji Imperium, ogłaszając koniec wojny z Etiopią. Szybko jednak okazało się, że pokonanie etiopskiej armii regularnej było tylko początkiem, a działania antypartyzanckie z różnym natężeniem trzeba było prowadzić aż do przystąpienia do wojny w czerwcu 1940 roku. Mam nadzieję, że to atrakcyjne tematy i omawiając je na łamach książek dołożę kolejną cegiełkę do popularyzacji historii dzielnej armii włoskiej. Tak naprawdę to dopiero nieśmiałe początki!
Książki autora można kupić na Amazonie
Drodzy Czytelnicy! Dobre artykuły historyczne wymagają pracy ze specjalistycznymi książkami i źródłami. Chcemy stale podnosić jakość „Monitora Historycznego”, dlatego zbieramy fundusze na rozbudowę naszej biblioteki historycznej.
Jeśli doceniacie czas poświęcony na wyszukiwanie dla was nowych książek, pisanie recenzji i innych tekstów oraz tworzenie podcastów czy vlogów i chcecie, aby na blogu pojawiało się więcej wartościowych treści, to możecie wesprzeć rozwój „Monitora Historycznego”. Każda wirtualna kawa od Was to fundusze, które w całości przeznaczamy na zakup literatury naukowej. Będziemy pokazywać te książki i o nich pisać, a jak któraś nie zmieści się w naszej bibliotece to zostanie rozdana. Będziemy wdzięczni za każdą kawę.